niedziela, 15 października 2017

Po co?

Kolejne pomysły obecnie nam panującego rządu coraz bardziej wyglądają na ponure żarty. Przecież czegoś tak głupiego i złego nikt normalny nie mógłby wymyślić, więc to pewnie fejbsukowy żart, kabaretowy numer. Ale nie.
Zlikwidować kulturoznawstwo jako dyscyplinę naukową. Oczywiście nie zamkną ust kulturoznawcom - ale zapewne idące za tym zmiany instytucjonalne i finansowe mają utrudnić im działanie. Czy dlatego, że tę dziedzinę rząd widzi jako zagrażającą? Za dużo w niej myślenia i badawczej otwartości?
Oczywiście w ostatecznym rozrachunku to tak, jakby za pomocą odgórnych dyrektyw zabronić istotom żywym procesów metabolicznych.
Więc po co?
Po nic.
Po to, żeby obsikać.

sobota, 14 października 2017

nadaliśmy

Całkiem niedawno wysunęliśmy łepek z kokonu, z nukleotydowej otulinki, i pierwsze, co zauważyliśmy, to otchłań z każdej strony. Nadaliśmy sobie imię sapiens, przez tę otchłań.

wtorek, 10 października 2017

.............

Magdalena Szozda nie żyje.
Moja kochana przyjaciółka, wspaniała, mądra kobieta, blogerka. Niektórzy z Was pewnie znali ją jako Magdę Spokostankę z bloga Na 27 stronie.
Niezwykle utalentowana literacko, autorka pierwszej książki, jaką wydałam.
Nie wiedziałam, czy dam radę to napisać, ale wiem, że chciałaby, abym to zrobiła.
A ja bym chciała, żeby o niej pamiętano, mówiono, myślano.

piątek, 6 października 2017

Nowa seria

Pracuję nad nową serią, która ma się zaraz rozpocząć w moim wydawnictwie. To seria eseistyczna - a jej nazwa to Jeden Esej. Pierwsza książka niedługo wybiera się do drukarni, a jej okładka wygląda tak:

Po prostu kocham to robić.

czwartek, 5 października 2017

na przykład E. Coli

zanim cię zabiję, Escherichia,
jeżeli się kiedyś spotkamy,
nie spojrzę ci w oczy.
czytałam, że jesteś łagodna,
zanim nie zmutujesz.
ciekawe,
to tak jak ja


wtorek, 3 października 2017

na przykład Helmut

szczur Helmut był ważny
bo byłam mu winna
łaciate nieszczęście
ponad podziałami
dawałam mu jeść i wypuszczałam
z klatki
ale nie znałam przecież
szczurzej hekatomby
milionów pokoleń
miliardów łysych ogonów
gdyby zebrać całą truciznę
którą wysypano na waszych ścieżkach
można by z niej zrobić drogę do księżyca
i z powrotem
gdyby


sobota, 30 września 2017

Bajka

Dawno temu w odległej galaktyce. Albo nie tak odległej. Tak czy owak układałam sobie bajkę, żeby przetrwać. Bajka zmieniała się, falowała, skracała, wracała do punktu wyjścia, zapominała się i przypominała. Aż w końcu postanowiłam ją zapisać, żeby nie zniknęła. Już ją kiedyś w blogu publikowałam, ale zaglądam do niej czasem i poprawiam. Niektóre słowa zaczynają mnie śmieszyć, albo wydają się puste.
Pomyślałam sobie teraz, że ją przypomnę:



Królewna w pancerzu

Pewnego razu była sobie królewna.
Miała tatę króla i mamę królową, którzy bardzo kochali swoją córeczkę i powtarzali jej często, jaka jest śliczna i mądra.
I wszystko było dobrze aż do dnia, kiedy dziewczynka przybiegła z płaczem z ogrodu, w którym bawiła się z dziećmi. Wbiegła do królewskiej sieni, z niej do pokoju królowej, by tam wpaść w ramiona mamy. Wtedy jednak zdarzyło się coś dziwnego: królowa, przytulając królewnę, poczuła zimno, takie zimno, jakby dotykała metalu na mrozie. Odsunęła się szybko, odchyliła bluzeczkę córki i zobaczyła... zobaczyła coś, co bardzo przypominało metal.
- Co ty tu masz? – krzyknęła?
- Nie wiem, mamo! – zawołała dziewczynka.
Wtedy królowa zrozumiała, że ciało jej córki od pasa do ramion pokrywa twardy pancerz z materiału twardego jak metal i tak zimnego jak żelazo na mrozie. Nie dało się go zdjąć, bo ręce bardzo marzły, poza tym pancerz był jakby przyrośnięty do skóry.
Królowa, przerażona, zawołała swojego męża króla. Gdy królewna zobaczyła tatę, krzyknęła – przytul mnie! – i podbiegła do niego. Po chwili jednak ojciec odsunął ją, bo nie mógł znieść strasznego zimna.
- Przytul mnie, przytul! – krzyczała królewna, ale nikt nie mógł wytrzymać przy niej dłużej niż kilka sekund.
- Przytul mnie! – wołała, płacząc do guwernantki.
- Przytul mnie! – wołała do kucharek, lokajów, a nawet do dowódcy pałacowej straży.

- Przytul mnie! – królewna stała na środku sali, a wokół niej robiło się coraz bardziej pusto.

Mijały dni, tygodnie, lata.
Królewscy lekarze nie umieli nic poradzić na cierpienie królewny, również najtężsi magowie byli bezradni.
Król i królowa oraz cały królewski dwór nauczyli się żyć z tym, co się wydarzyło.
Nauczyła się tego także królewna. Wiedziała, że nie może podchodzić do ludzi za blisko. Było jej stale zimno i nawet jeśli ktoś objął ją na małą chwilę, pomagało to bardzo niewiele. Robiła mniej więcej to samo co inne królewny w jej wieku – bawiła się, uczyła , czytała książki. Tylko czasem, w nocy,  budziła się, krzycząc – przytul mnie!

Gdy królewna stała się młoda kobietą, zdesperowany król – wzorem królów w innych bajkach – postanowił ogłosić wielki turniej.
- Temu rycerzowi, który zdejmie zły czar z królewny, ofiaruje się rękę królewny i połowę – dyktował królewskiemu pisarzowi – i połowę..., trzy czwarte...., nie! Całe królestwo! Ten, kto uleczy moją córkę, dostanie całe królestwo!
Ogłoszenia zawisły na murach i drzewach, a królewski trębacz objeżdżał wszystkie sąsiednie krainy, odczytując głośno tekst.
Wyznaczonego dnia przed zamkiem zebrało się sporo książąt i rycerzy; wszyscy byli gotowi zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem, jakim był zimny pancerz.
- Ja jestem Książę Silny i Odważny – rzekł pierwszy młodzieniec. – Niczego się nie boję i rozerwę pancerz własnymi rękami.
Jak powiedział, tak... próbował zrobić. Nie minęła jednak minuta, gdy zawołał: - Moje ręce! Moje ręce są prawie odmrożone. Jeszcze chwila, a już nigdy nie mógłbym dokonywać wielkich czynów. Och, to straszne! Moje ręce!
Książę odszedł, chwiejąc się na nogach i wpatrując w swoje dłonie, ale królewna miała jeszcze nadzieję; wszak przybyło tylu śmiałków...
- Ja jestem rycerz romantyczny – rzekł cicho młodzieniec o smutnym obliczu. – Niosę ze sobą wielką moc, a jest to moc moich łez. One są takie gorące, że roztopią każdy lód, zniszczą najtwardszą stal.
Usiadł obok królewny, pochylił nad nią głowę, a jego łzy jak srebrne perły gęstym strumieniem spadały na pancerz. Jednak każda łza, odbijając się od pancerza, zamieniała się w grudkę lodu. Rycerz płakał i płakał, aż w końcu dłużej nie mógł.
- Jak to? – zawołał z rozpaczą w głosie. – Moje łzy! Zmarnowałem moje łzy! Wypłakałem wszystkie i nie mam więcej! Jak teraz będę użalał się nad księżniczkami uwięzionymi w wieżach, jak będę opłakiwał nieszczęśliwych i biednych? No jak? Co zrobiłaś ze mną królewno?
Rycerz odbiegł, zawodząc ,i chciał zapłakać nad swoim smutnym położeniem, chwilowo okazało się to jednak niemożliwe. Królewna zaś patrzyła zatroskana, jak tłumek mężnych przed zamkiem przerzedza się, jak coraz mniej pewni siebie książęta i rycerze wycofują się chyłkiem, nie chcąc ryzykować, nawet za cenę całego królestwa.
- Jestem Książę Celnie Strzelający – powiedział spokojnie jeden z tych, którzy zostali na placu. W tym kołczanie mam zaczarowane strzały, które nie chybiają celu i potrafią skruszyć wszystko, w co trafią.
Księżniczka zafrasowała się nieco. „Co będzie, to będzie”, pomyślała jednak, choć na wszelki wypadek postanowiła zamknąć oczy.
I rzeczywiście – Książę Celnie Strzelający strzelił celnie. Zaczarowana strzała nie skruszyła wszak pancerza, lecz ześliznęła się z niego, raniąc królewnę w ramię.
- Au... – powiedziała królewna.
- To nic, to nic – odrzekł książę. – Powtórzymy to. – Książę wypuścił drugą strzałę.
- Auu! – powiedziała królewna trochę głośniej.
- Co jest? – zirytował się lekko Książę Celnie Strzelający i zamierzył się po raz trzeci.
- Nie! – powiedziała królewna całkiem głośno. – Wystarczy! To się nie uda! Po prostu nie ma na to sposobu. Koniec turnieju!
A potem odwróciła się i odeszła do swojego królewskiego pokoju. 

- Hej! – zawołał nagle ktoś zza okna. – A może Mądry Książę coś poradzi.
Królewna wychyliła się przez parapet i zobaczyła maleńką staruszkę.
- Nie było tu nikogo takiego! – zawołała. – A ty kim jesteś? – zapytała.
- Chyba widać, że jestem wróżką, prawda? – zniecierpliwiła się kobieta.
- Jacy wy wszyscy jesteście dzisiaj nerwowi – westchnęła dziewczyna. – A więc co z tym księciem?
- Do Mądrego Księcia to ty musisz się wybrać. On nie jeździ po turniejach. Jest na to za mądry. Poza tym mieszka w Odległej Krainie, a to przecież kawał drogi. Ale polecam, polecam. Warto. – Ostatnie słowa wypowiedziawszy z naciskiem, wróżka oddaliła się, lekko utykając.

Król i królowa gotowi byli wiele zrobić dla swej córki, tak więc już następnego dnia królewna wraz z królewskim orszakiem ruszyła w drogę. Odległa Kraina była rzeczywiście dość daleko, ale w końcu królewna dotarła do zamku Mądrego Księcia, gdzie...  dostała numerek i stanęła w długiej kolejce.
Gdy dotarła przed oblicze księcia i przedstawiła mu swój problem, ten powiedział:
- Oczywiście, mogę ci pomóc królewno, ale główną część pracy musisz wykonać sama. Musisz udać się w Daleką Drogę i nikt nie może tam pójść z tobą. Będziesz szła, aż znajdziesz zaczarowane źródło i tego samego dnia musisz patrzeć w nie aż do zachodu słońca. Musisz być bardzo uważna i ani na chwilę nie odwracać oczu, bo w którymś momencie w odbiciu zobaczysz szczelinę w pancerzu. Wtedy włożysz w nią magiczną pestkę i poczekasz na to, co stanie się dalej. – Mądry Książę podał królewnie mały woreczek na sznurku.
- A skąd mam wiedzieć, w którą stronę iść? – zapytała królewna.
- I na to jest sposób. Woreczek z pestką zawieś sobie na szyi, tak by znajdował się na wysokości serca. Każdego ranka obróć się kolejno na wszystkie strony świata. Gdy poczujesz, że boli, idź przed siebie.
- Dziękuję Mądry Książę – powiedziała królewna. – Możesz teraz dostać całe królestwo mojego ojca króla oraz na dodatek moją rękę.
- Królestwo? – zamyślił się książę. – Taaak, przyda mi się. Ale za rękę dziękuję. Jestem przecież Mądry, czyż nie?
Królewna również zamyśliła się i pozostała zamyślona przez dłuższą chwilę.

A potem – ruszyła w drogę. 

Droga była naprawdę długa. I w dodatku trudna. Wiodła przez lasy, góry, strumienie i rwące rzeki. Przez kłujące krzaki i gorące pustynie, a także przez śniegi i skute lodem jeziora.
W końcu jednak królewna dotarła do zaczarowanego źródła. Była bosa, w poszarpanej sukience, w której trudno było dopatrzeć się śladów królewskiej szaty. Jej twarz, włosy ręce – poszarzały od piasku niesionego przez wiatr.
Królewna podeszła do brzegu źródła, opadła na kolana i zaczęła przyglądać się swemu odbiciu. Słońce zniżało się powoli.

-Pomóż mi – usłyszała nagle głos.
- Co się stało? Kto tu jest? – krzyknęła zaniepokojona.
- Pomóż mi. Jestem wędrowcem. Umieram z pragnienia. Proszę, daj mi wody.
- Ale ja nie mogę stąd odejść. Tak długo tu szłam! Za chwilę zajdzie słońce, a przedtem pojawi się szczelina w moim pancerzu. Po tym wszystkim przyniosę ci wody.
- Wtedy będzie za późno – wyszeptał człowiek. – Teraz, teraz właśnie jest ostatni moment, żeby mi pomóc, a ja nie mam już siły wstać.
Królewna westchnęła głębiej niż zwykle.
Czy miała pozwolić wędrowcowi umrzeć?
A może on po prostu kłamie, bo chce odwrócić jej uwagę od zadania, które ma wypełnić? Tak długo szła i teraz w ostatnich minutach wszystko ma przepaść, a ona zostanie na zawsze uwięziona w zimnym pancerzu?
Ale czy mogła pozwolić....

Wstała. Zaczerpnęła wodę w dłonie, podeszła do wędrowca i dała mu pić. Potem jeszcze raz.

Trudno. Pozostanie przez resztę życia w pancerzu. – To nieważne.
Trudno. Być może dała się oszukać. – To nieważne.
W tym momencie zaszło słońce.
Królewna roześmiała się i śmiała się coraz głośniej.

- Dziękuję – powiedział wędrowiec i podał jej kubek. Był w pełni sił i królewna nie wiedziała, czy pomogła mu woda z zaczarowanego źródła, czy raczej wszystko było oszustwem. Jednak spojrzała mu w oczy koloru wody z jeziora i wtedy zobaczyła, że odbija się w nich jej pancerz, w którym otwiera się szczelina. Spokojnie wyjęła pestkę z szarego woreczka i wcisnęła ją w szczelinę.
Na początku nic się nie działo.
A potem pancerz po prostu pękł.
Naga skóra, pozbawiona nagle zbroi, była delikatna jak ciało ledwo wyklutego pisklęcia i czuła dotkliwie każdy podmuch wiatru.
Królewna spojrzała w dal, na horyzont, gdzie w ciemności zapalały się światła wielkiego miasta.


Zupełnie nie wiedziała, co będzie dalej.

czwartek, 28 września 2017

Spod wiatru

Na skarpie ziemia pod trawą jest zimna i nie wyschła do końca. Ale asfaltowy szary placyk, nagrzany, oddaje ciepło. Siadam po turecku, zamykam oczy. Trochę się kiwam. Słońce owija się wokół mnie, obejmuje cały ból, depresję, całą rozpacz. Ale też szczęście, i rozkosz, i zachwycenie - to wszystko najcudowniejsze, co spotyka mnie niezasłużenie. Każe drżeć tym wszystkim mitochondriom, od szpiku najgłębszych kości do naskórka. I jeszcze warstewce powietrza wokół. Zdjęcia robię trochę na ślepo, spod wiatru.








czwartek, 21 września 2017

Nowa książka

W moim wydawnictwie szykuje się nowa książka.
Planowana jest na sam początek października. To kolejna, dziesiąta już pozycja w serii Tangere.
Okładka wygląda tak:


A to notka, która znajduje się z tyłu na okładce:

Choć nazwisko Jan Zapolski nie jest znane, jego wiersze są zjawiskiem zupełnie wyjątkowym
w polskiej poezji. W prostej, przejmująco świadomej i czytelnej formie, autor odtwarza świat
nadwrażliwego, znerwicowanego chłopca z perspektywy dorosłego, który tym chłopcem być wcale
nie przestał. Świat tego, który napisał Rozejm, jest cmentarzyskiem leków, stanów, emocji
i sytuacji, które nie przestają krwawic i bolec, lecz pozwalają się już oswoić.

Rozejm jest pierwszym tomem, który nosi podpis Jana Zapolskiego. Poeta napisał go z nadzieja,
ze uwolni od chłopięcych koszmarów siebie i innych, sobie podobnych, którzy nie potra fią ich
wypowiedzieć. Klasa tych wierszy, ich harmonia i piękno, sprawiają jednak, że nie są one tylko
zjawiskiem terapeutycznym, lecz również wybitnym rozdziałem poezji.

sobota, 16 września 2017

praca

Intensywna praca nad redakcją naukową przekładu książki o kształtowaniu tożsamości narodowych od XVIII wieku, daje mi poczucie bezpieczeństwa i porządku. Sprawdzanie tytułów, nazwisk, nazw, weryfikowanie różnych rzeczy, robienie przypisów, wędrowanie po meandrach internetowych katalogów bibliotek, archiwów. I we własnej pamięci wędrówki, bo przecież już choćby zredagowawszy wcześniej setki naukowych tekstów, mam to wszystko gdzieś w szufladkach umysłu. I znajduję, i sprawdzam, i używam.
A w poniedziałek prawie zapomniałam o spotkaniu z tłumaczką.
A w czwartek córka starsza przypomniała mi, że w piątek mam do niej przyjechać. Też bym zapomniała.
To raczej dodatek do stanów depresyjnych.
Praca dobrze robi. I przygotowywanie nowych książek do wydania też.

Ostatnio znalazłam ten utwór. Red Hotów polubiłam kilkanaście lat temu dzięki córce starszej, ale dawno nie słuchałam. A to włączam po kilkanaście razy. Coś jest w tej piosence, co przyciąga.



środa, 13 września 2017

wczoraj

wczoraj przestraszyłam się własnego (nowego) wiersza.
ale czy zniknąłby, gdybym go skasowała? może. a może i tak by wracał.
zabrałam go na drugą stronę.

poniedziałek, 11 września 2017

w jakiej ciemności

                          JK
dawno dawno temu
zimy były mroźne i śnieg
leżał tygodniami,
więc od razu za drzwiami
zakładało się łyżwy i można było jechać
aż do jeziorka ukrytego w zagajniku.
na lodzie miałam skrzydła, nagłą lekkość ciała,
umiałam robić kółka coraz mniejsze i mniejsze
które na koniec przypominały niezgrabne piruety
i znowu
znowu się rozpędzałam,
aż raz na zakręcie zostałam schwytana
suchą ręką trzciny między but a ostrze.
mój ciepły policzek, moje ciepłe palce
macały coraz cieńszy i coraz gładszy lód,
aż odnalazły dziurkę,
z której wyrastała łodyżka sitowia,
a ona mówi: przyjrzyj mi się dobrze,
zostaw ptakom lekkie pióropusze,
zobacz ciemność,
zobacz,
gdzie się zaczynam.

wtorek, 5 września 2017

Kroniki kortowe

Jeszcze nie przykryty,
już przemoknięty
















poźnowieczornie

Trochę zdjęć z późnowieczornego spaceru z psem. Pada, zimno i chyba powinnam była założyć coś na uszy, bo zaczęły mnie boleć od zmiany temperatury z domowej na nadworną; tak mam, coś się wtedy dzieje z błoną bębenkową - na szczęście przechodzi. Wychodząc, dzwonię po Mirkę i wtedy psy, Czarlik i Lu, siostra i brat idą razem; inaczej Lu zawróciłaby do domu po pierwszych dwudziestu metrach, zwłaszcza jak jest ciemno. Spodobały mi się mokre, oświetlone latarniami liście oraz klimatyczne wnętrze śmietnika z gałęziami wystającymi z kontenerów.
A u mnie praca i praca, mam teraz taki ciąg, robię kilka rzeczy naraz. Tak właśnie lubię - nie umiałabym siedzieć nad jedną pracą i przeprowadzać ją od początku do końca. Do jednej z książek robię redakcję naukową, co sprawia, że zagłębiam się w takie zakamarki książek, zdobytej uprzednio wiedzy, katalogów internetowych i w ogóle internetu, że czuję się jak zakurzony podróżny w dzikich zaułkach dawno zapomnianych krain. Sprawia mi to przyjemność.
A na obiad zrobiłam marchewkę na gęsto, tak jak lubię, z jedną małą pietruszką, z natką, odrobiną cukru i masełkiem na koniec. No i jajka sadzone, z których jedno było niesamowite, co będzie widać na zdjęciu. Ale nie na tym ze śmietnika :)












sobota, 2 września 2017

prościej jest z poezją

Mniej piszę
bo świat zrobił się ostatnio taki nie-do-opisania. I na ogół też niewysłowiony. I to przeważnie jest dobre. W różnych sensach i odcieniach, co na ogół prościej jest opisać w poezji i dlatego dużo się dzieje w tej sferze u mnie. Dzieją się także teksty, których nie dawałam w blogach. Coś się szykuje do wydania i powoduje lekką gorączkę.
Choć stany podgorączkowe mam i tak, całkiem zwyczajne. I dużo pracuję. Choć się przy tym zmagam, przemagam depresyjne zniżki. Ale jest też tak, że tyle piękna wokół i tyle piękna weszło do mojego życia, i przeczucie, że z niskich nastrojów też da się to wyciągnąć, to piękno. Jakoś. Czasem tak się dzieje.
Szukam i słucham muzyki, która gra na mojej częstotliwości i motywuje mnie.
Dziś taka:



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

na poranek

Michael Nyman na przedpołudnie - albo ranek, jak tam kto czuje.
Ostatnio był Steve Reich, więc teraz, logicznie, krok dalej. Minimalizm połączony z "barokiem", tak mówi o sobie Nyman, w odniesieniu zwłaszcza do niektórych utworów. Ten taki jest. Dlatego chyba tak mocno na mnie działa: ma w sobie napięcie, dynamizm, rodzaj desperacji nawet. Na bazie powtarzalnych fraz, segmentów, narasta i niemal rozpycha się bogactwo dźwięków. Dla mnie to jakby metafora życia. zamknięcie w powtarzalności, a jednocześnie siła, radość wystawiona - naprzeciwko rozpaczy?
Życie?



sobota, 26 sierpnia 2017

Na wieczór

Dziś wieczorem pracuję i słucham Reicha.

Do późnego popołudnia nie mogłam się zebrać. Tak mam czasem, a potem jestem zła na siebie, że marnuję czas. Mówię sobie, że skoro nie mogłam, to nie mogłam, i przecież jednak się zebrałam. Ale chciałabym nie marnować, nic nie marnować.

Rano na Drugą Stronę wrzuciłam wiersz o... pisaniu wierszy, a tak naprawdę o językowej naturze świata. To oczywiście rzecz znana i filozoficznie opracowana do suchej nitki, ale to też mierzenie się ze sobą. najlepiej, jak jeszcze dotknie się tym czegoś wspólnego, po to jest pisanie - chyba zawsze.

To może zalążek nowego cyklu, a właściwie jego fragment, bo trochę już było wcześniej, ale teraz mniej publikuję w blogach.







A  takie zdjęcie zrobiłam - i podoba mi się :)


czwartek, 24 sierpnia 2017

Książeczka

Postanowiłam wydać Rotlippenmuschel. W tym dość intensywnym czasie, który bywa okropnie trudny, ale jednocześnie należy do tych piękniejszych w moim życiu.
Sama wydać. Bo tak jak ja chcę, tak nikt mi nie wyda. W kolorze, każdy wiersz z towarzyszącym mu zdjęciem na sąsiedniej stronie, w oprawie robionej na zamówienie w introligatorni. Nikomu się to nie opłaci, mi zresztą tym bardziej, gdybym brała pod uwagę taką dziwną rzecz jak pieniądze. Tak nie powinna mówić biznezłumen. Ale tu nie o to chodzi, to po prostu musi się urodzić i musi być moje w każdym milimetrze.
Dziś byłam w introligatorni. Coś wybrałam, coś wiem, ale coś jeszcze się kształtuje. W głowie aż dymi od myśli. Ale ja prawie każdą rzecz tak robię, z taką gorączką.
Na pewno będzie sporo czerwieni. Dużo czasu zajęło dziś szukanie odpowiedniego odcienia.
Mała książeczka w niewielkim nakładzie.
Mam nadzieję, że się to uda.

A na zdjęciu ćma.


wtorek, 22 sierpnia 2017

Nocka

Walka z istotą zdeterminowaną, by zapewnić byt swoim dzieciom, trwała do 2.30. Mądra biologiczną mądrością, chowała się przy świetle, by zaatakować po zgaszeniu lampy. Bz. Bz. Bz. Bliżej i dalej, czasem bardzo blisko.

Wstawałam chyba sześć razy, używając coraz brzydszych słów. Coraz bardziej też wściekła na niewinnego psa, który boi się owadów prawie tak bardzo jak burzy, i który uznał, że na mojej głowie jest najbezpieczniej, więc w zasadzie można deptać po moich włosach. Za którymś razem uderzyłam psa - poduszką i nie za mocno, ale wtedy wystraszył się jeszcze bardziej, a moja złość zmieszała się z wyrzutami sumienia i z myślą, że jestem parszywym stworzeniem, w niczym nie lepszym od biednej Lu i od Komarzycy, która przecież ryzykuje życiem dla przyszłych pokoleń. Błędnym wzrokiem podążałam za jej bzyczeniem, trzymając w ręku szmatę, którą gotowa byłam zadać cios. Miękki materiał nie nadawał się do tego za bardzo, ale za którymś razem dzielna owadzica zamilkła.

Tak słabo czułam się człowiekiem, z tą telepiącą mnie złością, a może to właśnie jest takie ludzkie, takie kurwa, ludzkie.


niedziela, 20 sierpnia 2017

sobota, 19 sierpnia 2017

Przed północą

Cały dzień dziś prawie zajmuję się tłumaczeniem. Tekstu niemieckiego na polski. Tak mnie wciągnęło, ze niepostrzeżenie zaczęła się zbliżać północ. 
No to tylko placuszki z cukinii, co je sobie usmażyłam. Z dodatkiem mąki, jajka i łyżki kefiru, tak mi ktoś doradził i rzeczywiście nie rozpadają się i nie nasiąkają za bardzo tłuszczem.


I jeszcze tylko powiem, że w środę byłam w kinie na "Mr Gaga", przepiękny film. Z córka młodszą byłam. Film jest o Ohadzie Naharinie, izraelskim tancerzu i choreografie, którego bardzo lubię, cenię i podziwiam. Dokument, ale tak zrobiony, ze porusza, wzrusza i daje poczuć rodzaj emocjonalnej siły, na mnie przynajmniej tak zadziałał.Polecam bardzo.

wtorek, 15 sierpnia 2017

na skórze

w zwierzęcych skórach, co zostały po przodkach,
wciąż lęgną się drobne zwierzęta, całe pokolenia od czasu,
kiedy ożywiały je sprężyste ciała, stalowe mięśnie łap i karku.
noszę na plecach tę historię,
niedokończoną wiadomość
rozpisaną na enzymy i rytmy,
dlatego gdy po drugiej stronie słyszę:
poczta głosowa proszę zostawić wiadomość,
myślę o kłach i pazurach o nieudanej
przeprawie przez rwącą ciemną rzekę
a nie że tacie w szpitalu wyładował się telefon,

a potem moje obce ciało kłóci się ze mną.

                                        8 sierpnia 2017


PS. Tata wyszedł ze szpitala i czuje się dobrze


                                     



poniedziałek, 14 sierpnia 2017

jednak

Myślałam, że zamknęłam już cykl o Rotlippenmuschel, ale jeszcze jedna się napisała. Może jest ważna.
na Drugiej stronie.

środa, 9 sierpnia 2017

Farsa

Autobus zatrzymał się na przystanku przy Uniwersytecie. Wejściem od kierowcy wszedł pan w kamizelce służb chyba "porządkowych". Już wiesz? - zapytał kierowcę, a potem zwrócił się do pasażerów:
- Proszę państwa, już jutro jest dziesiąty - i tu teatralnie (lekko komediowo) zawiesił głos. - A więc na Krakowskim stoją już barierki. Ten autobus tamtędy nie pojedzie.
Uznałam, że nie będę jechać objazdem, wysiądę i ostatni kilometr przejdę pieszo. jakież było jednak moje zdziwienie, gdy się okazało, że piesi również nie przejdą. Ruch został zablokowany całkowicie, dziesiątki samochodów policyjnych, setki policjantów pilnują barierek. Niektórzy z minami pełnymi zażenowania, z rozkładaniem rąk (w podtekście: nie gniewajcie się, to nie nasz pomysł).
Jutro wieczorem miesięcznica smoleńska. Dlaczego trzeba było zamknąć pół Krakowskiego Przedmieścia poprzedniego dnia po poludniu? Także dla pieszych? Jeśli pis się boi, że kontrmanifestanci ich wyprzedzą, to może niedługo zamkną tę część miasta na stałe. I niech patrolują przestrzeń powietrzną.
To się zamienia w paranoję. Straszno-śmieszna farsa.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

kilka wieści

Dostałam egzemplarze czasopisma "Borussia", a w nim recenzja tomów z serii Tangere. Numer ma w przewodnim haśle "losy kobiet", to i wybór książek do recenzji jest genderowy - motywowany płcią.
O, proszę:



Tekst ma tyle stron, ile tu przeważnie ma recenzja, więc w przeliczeniu na tomik nie jest tego wiele. Powiedziałabym, trawestując tytuł, że recenzentka poczyniła "cztery króciutkie rzuty okiem" ;).
No, ale już, nie będę marudzić...

***

Nie pisałam, bo tata jest w szpitalu, w czwartek miał operację.
Lekarze mówią, że jest dobrze, a ja się ciągle boję zapeszać, nawet nie przypuszczałam, że jestem taka przesądna, no normalnie, jakbym jeszcze nie zlazła z drzewa.
Zresztą coraz częściej myślę, że nie zlazłam.
A "znerw" lata mi temperatura, mam skoki gorączki i różne takie.

***

I komarzyca ze mną mieszka. W dzień się ukrywa, a po zgaszeniu światła natychmiast wyłazi. Bzyczy, straszy psa. Ja z nią nawet empatyzuję,  w końcu to matka. Dziś ugryzła mnie w kolano.

***

Z Aniowych rzeczy w tym samym numerze "Borussii" jest pięć moich wierszy, nigdzie nie publikowanych, nawet w internetach, więc w pewnym sensie nówki.


***

To tak na wypadek, gdyby ktoś tu jeszcze chciał zajrzeć.

czwartek, 27 lipca 2017

To nie może być prawda?

Pisałam o języku bez pogardy, a tu masz - wchodzę do autobusu, chce kupić bilet u kierowcy, bo automatu w środku brak, w okolicy osiedla nie kupię, a dojechać do dentysty muszę. Kierowca mówi, że mi nie sprzeda. Nie ma pan? - pytam ufnie, a ten na to, że ma, ale jest spóźniony i ma prawo mi odmówić. Mina pogardliwa. Chwilkę się zafrasowałam, co mam zrobić, ale nie za długo, bo wtedy wylała się na mnie fala tak skondensowanej nienawiści, jakby wszystkie hejterskie najwulgarniejsze komentarze zebrać w jeden długi hejt. Przebijał się przez to komunikat, że mam sp***, bo zasłaniam widok swoją ohydną osobą. Nie, to nie kierowca, lecz siedzący na pierwszym siedzeniu facet, lat koło 30. Spojrzałam zdziwiona i mówię, że ja przecież do niego nic nie mówiłam. Obrzydliwe słowa płynęły dalej, facet się nakręcał. Zapytałam kierowcę, czy słyszy, ten jednak spojrzał kpiąco i wzruszył ramionami. Facet przejechał jeszcze parę przystanków, pod koniec prowadząc z kimś zwyczajną rozmowę przez komórkę. Pasażerowie zanurzyli się w swoich telefonach.
Jasne, facet mógł być chory, naćpany - ale kierowca?
Do tej pory miałam dziwne wrażenie, choć wiedziałam, że tak nie jest, że taka agresja to jakaś internetowa specyfika czy jakiś absurd. Że to nie może być prawda.

poniedziałek, 24 lipca 2017

taka wizja

Dziś pod pałacem prezydenckim Jacek Dehnel powiedział to, co dla mnie jest tak ważne. O tym, żeby strzec się języka pogardy, bo taki język zawsze rykoszetem trafi w nas samych i naszych bliskich. No i dlatego, że to jest po prostu złe. Tu fragment jego słów:

przyszedłem tu, żeby powiedzieć o tym, czym zajmuję się zawodowo: o języku. Bo duża część tego, co się teraz dzieje, dzieje się w języku właśnie. To słowa tych skandalicznych ustaw, aroganckie słowa posłów i senatorów, które przypominają slogany i nowomowę z czasów Gomułki, ale także słowa Konstytucji, słowa, które śpiewamy, słowa, które skandujemy, słowa przemówień na wiecach.
Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Łatwo, bo są nie do obrony. Ale chciałbym, żebyśmy się wszyscy przyjrzeli również językowi po naszej stronie sporu.
„Precz z PiSlamem”. „Kurdupel, gnom i karzeł”. „Gdyby Jarek wiedział, jak wygląda kobieta, to dałby sobie spokój”. „Schizofrenik”. „Obywatele i piękne obywatelki”. „Mentalne wieśniactwo”. „Popieram kobiety bo... są sexy”. Wiem, że słyszeliśmy to wszyscy z ust ludzi, którzy chcieli dobrze. Ale te słowa to nie tylko, jak chcieliby niektórzy, „głupie gafy”; świadczą one o znacznie głębszych problemach z tym, jak traktujemy naszych współobywateli.
Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny, albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro. Obok nas może stać w tłumie ktoś, kto też jest niewysoki; kto leczy się na schizofrenię czy depresję; kto jest gejem albo lesbijką; kto jest aseksualny, co też nie jest żadna zbrodnią; kto jest samotny, bo ominęła go wielka miłość, bo był wykorzystywany w dzieciństwie, bo jest nieśmiały, z najróżniejszych powodów. Nie sprawiajmy, żeby poczuł się z tego powodu gorszy, bo w niczym nam nie zawinił, a stoi razem z nami.
Obok nas może też stać ktoś, kto jest muzułmaninem, kto ma żonę muzułmankę albo chłopaka muzułmanina, kto ma muzułmańskie wnuki. I kto jest tak samo jak my zwolennikiem państwa prawa i wolności religijnych. Nie możemy w jednym zdaniu nawoływać do przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu, a w drugim straszyć „PiSlamem.”


Dziś było bezpartyjnie i pięknie. No i inaczej także dlatego, że jednak są dwa weta, z jakimś wzmożeniem nadziei jednak. Z kredytem zaufania do prezydenta. Pomyślałam, że gdyby wtedy wyszedł do ludzi i obiecał trzecie weto, to nosiliby go na rękach.
Taka idealistyczna wizja...

I zdjęć trochę






niedziela, 23 lipca 2017

czucie

Cudowny, cudowny koncert.
Słucham w kółko
Radiohead kocham chyba od zawsze.

Dziś rano znów odezwały się zawroty głowy, źle spałam.
Wczoraj mimo wszystko dobry dzień.
Ale mam zapalenie ścięgna Achillesa, które zaczęło się wczoraj rano. Nabawiłam się go od SIEDZENIA!.
Przy komputerze. Ciało pełne miejsc, które mogą boleć i straszyć. Ale praca robi mi dobrze. Czucie sensu. Realizacja zobowiązań. Powstawanie przy tym realnych obiektywnie wartościowych rzeczy.
Zobowiązanie daje perspektywę pozwalającą żyć.
No i fakt, że moja pokręcona osoba jest dla niektórych ludzi ważna
A nawet są tacy, co mnie kochają.





środa, 19 lipca 2017

List do ludożerców

Różewicza cenię najbardziej z wszystkich poetów.
Może na ogół raczej inne wiersze niż ten, którego końcówkę zaraz przywołam.
Jest w nim pozorowana naiwność.
Ale tak bardzo na miejscu.

Kochani ludożercy 
Nie zjadajmy się Dobrze 
bo nie zmartwychwstaniemy 
Naprawdę
...

wtorek, 18 lipca 2017

Znowu

Czasem cały miesiąc nic nie daję na Drugą stronę, a tu dzień po dniu kolejne wpisy. Zajrzyjcie, jak wam się nie znudziło :) Ten najnowszy zresztą nie jest bardzo nowy, bo sprzed paru miesięcy, tylko zakamuflował się w telefonie i wpadł na mnie znienacka.
Jutro zaś chciałabym napisać o naprawdę fajnej wystawie, na której byłam w poniedziałek i nawet trochę zdjęć zrobiłam. Może się uda.

czwartek, 13 lipca 2017

takie... tam

Przedwczoraj (czyli właśnie onegdaj! - muszę poszukać etymologii tego słowa), czyli właśnie pięć dni po dentyście, na mój policzek przedostał się dorodny siniak, co oznacza, że krwiak był gdzieś w środku, a teraz skorzystał z grawitacji, jak spałam na prawym boku, i się przybliżył do skóry. Mąż mówi, że jak mnie ktoś zapyta, skąd to mam, to mam wspomnieć coś o za słonej zupie albo ostatecznie o poważnej rozmowie z teściową.
Czemu nie mogę być normalnym człowiekiem i nie hipochondrykiem, co się trzęsie nad każdym objawem, że na przykład mam podrażniony język i czasem kawałek wargi i co to, ach, co to będzie! Ulgę przynoszą mi medyczne fora internetowe, gdzie się okazuje, że ludzie mają to, to i tamto, i czy to normalne, i że tak, to normalne i przeważnie wszyscy nadal żyją.
Mam w dodatku pewnie (post)traumatic stress disorder, bo oczywiście jestem na wojnie. Bo owszem, jak teściowa ogarnie w końcu, że wolno mi pić kawę, kiedy chcę, w moim własnym domu, to przecież pozostaje jeszcze kwestia herbaty, soków i wody. No przejaskrawiam teraz, ale to dobrze obrazuje generalną tendencję, że tematów, w których można mnie skrytykować, jest niewyczerpana ilość, jak samo życie, i to nawet chyba nie podlega z jej strony specjalnej kontroli, to jak wpisany program, który porusza jej trybami. Jutro wyjeżdża, a ja przeżyłam małe załamanie na wieść, że dopiero koło czternastej, co świadczy o tym, że jest źle.
Napisz dramat - powiedział mi ktoś - i może to byłoby coś, ale nie wiem, czy to nie byłoby za trudne. Trzeba by sobie przypominać i przezywać od nowa. A może właśnie trzeba - przepracować. Ale wciąż jeszcze włącza mi się resztka empatii - że to biedna kobieta jest...
Ech!
Trudno mi z tym.

środa, 12 lipca 2017

A dzisiaj

wiersz na Drugiej stronie.
Rzeczywiście - słyszę czasem te słowa, o których piszę w wierszu. Ostatnio nawet częściej niż kiedyś.
Ale mam problemy z "przyswajaniem". Czasem czuję rozpacz. Ale przecież daję radę.