niedziela, 25 czerwca 2017

Podlot

Podlot jest wroną siwą i nazywa się Dzidziuś. Zdjęcia zrobiłam telefonem z dość z daleka, bo nie chciałam spłoszyć i kadrowałam, ale podlota widać. Oraz Dużą Wronę, która go pilnuje, i starą kotkę Babkę, którą trzeba karmić osobno, bo inne osiedlowe nie chcą jej puścić do miski. Ani Dzidziuś, ani Duża nie boją się Babki, a ona ich też nie. Dzidziuś na zdjęciu dostaje właśnie kawałeczki wątróbki od Mirki.







A ja się czuję jakbym miała awarię w kilku miejscach naraz. Kręgosłup szyjny ćmi, piersiowy miejscowo boli i promieniuje na łopatki, prawa ręka z barkiem boli jak  *** (już trzeci rok, ale za to z każdym miesiącem bardziej ;), naderwane niedawno rozcięgno w stopie boli nawet bez ruchu. I jeszcze plomba mi wypadła. Jakbym była mechanizmem, któremu się nagle tryby pozacierały i poluzowały.
Normalnie strach się poruszyć  ;)

sobota, 24 czerwca 2017

Dzień po

Wczoraj dzień taty był, a ja zdjęcia nie dałam, więc daje dziś. Zdjęcie z późnej jesieni, zrobione w drodze do ogrodu.



piątek, 23 czerwca 2017

W ogóle to....

O czwartej rano w czwartek "nie-wiadomo-gdzie"  tak podobno było.
Czy tylko ja widzę UFO po lewej?




W głowie mi się już nie kręci, za to pobolewa, zwłaszcza nad ranem i w miejscu gdzie tył głowy łączy się z szyją.
Jak się poruszam, to przechodzi, ale trochę jeszcze straszy. A łatwo dość jest mnie straszyć przy mojej nerwicy lękowej - słusznie minionej, ale zawsze gdzieś tam w zakamarkach psychiki grożącej mi resztką smętnego palca. Ale mam dystans. Choć już miewałam i nie był doskonały. Teraz to dystans trzeciego rzędu, metadystans, rzekłabym, dystans do dystansu. A w kryzysie kryzysu zawsze można wziąć tabletkę przeciwlękową iść spać i mieć wszystko w tyle.
Ale robota trwa, trochę wolniej tylko.
Książka poszła się drukować, na wtorek będzie. Zaraz zaś zaczynam drogę z kolejną pozycją z serii Tangere, planowana na wrzesień-październik.
I nową serię planuję, eseistyczną, i jeszcze coś i jeszcze. To jeszcze trochę tajemnica.
Kocham to.

A w czerwcowym numerze "Twórczości" jest piękna recenzja dwóch książek Jerzego Kronholda - Skok w dal i Stance - ta druga wydana u mnie w Tangere. jak by ktoś chciał kupić, to...  u mnie już nie kupi :) Zostały ostatnie egzemplarze w księgarniach, szczerze zachęcam.
W tym samym numerze "Twórczości", na samym początku, są trzy wiersze Kazimierza Brakonieckiego, z tej książki, która będzie we wtorek.
Tak że w ogóle to dumna jestem.

czwartek, 22 czerwca 2017

Tak...

telefon o czwartej nad ranem:

"...nie oddzwoniłem wczoraj, bo kierownik budowy zabrał mnie na wódkę. Obudziłem się teraz i nie wiem gdzie jestem. O! widzę mój samochód... A jaki wielki pies tu idzie! No chodź maleńki, chodź pieseczku, pogłaszczemy ślicznego pieska.... tak... Zrobię mu zdjęcie i ci przyślę, chcesz?"

Są takie rzeczy, za które lubię mojego męża :)))

środa, 21 czerwca 2017

Taki krajobraz

Gdy piszę w telefonie
a on mnie poprawia
wściekam się
ale przecież
on sięga do słów
których już kiedyś użyłam
a więc tylko zaskakuje
mnie mną

A tak w ogóle to zawroty głowy miałam wczoraj i przedwczoraj późno po powrocie w Bytomia.
Poniedziałek był bardzo długi: z poranną jazdą do Bytomia, brakiem zasięgu w pendolinie, żeby odpisać na siedem tysięcy maili, esemesów itepe, z radą pedagogiczną, wpisami do indeksów (pomyliłam się tylko pięć razy), brakiem powietrza w powrotnym pociągu, a po przesiadce do bezprzedziałowego wagonu z wycieczką estońskich (chyba) nastolatków głośno i radośnie konwersujących, z "wyprowadź jeszcze psa", gdy weszłam do domu o 23.30, z "czy musisz trzaskać drzwiami", gdy wróciłam z psem, moim "będę trzaskać, czym będę chciała", z masą trudnych rozważań po drodze.
A jak weszłam do wanny i płukałam włosy pochyliwszy głowę mocno do przodu i jak ją podniosłam, to już mi się w niej kręciło. I następnego dnia też.
Z lękiem na początku, bo jednak wolę jak krajobraz mi nie wiruje, ale mam się "nie egzaltować", bo niektórym się też kiedyś kręciło, czterdzieści parę lat temu, może nawet bardziej niż mi, i co? I przeszło.
No więc mi też przeszło. Dzisiaj. Mam plik badań do zrobienia, ale to być może kręgosłup szyjny umęczony w połączeniu z napięciem emocjonalnym.

A gdy zasypiam
przychodzą słowa
z mojego obcego brzucha
gdzie byłyście słowa
co robiłyście w jaskini
czy znacie tę dziewczynkę
Anię?

niedziela, 18 czerwca 2017

Ogarniam

Złożyłam projekt kursu na Uniwersytecie Otwartym UW. Opracowałam, napisałam, zaniosłam. Teraz czekam do 26 czerwca na decyzję Rady. Panie w biurze UO uprzedziły mnie, że bardzo rzadko przyjmuje się kursy wykładowców spoza UW - w ogóle mogłam złożyć tylko dlatego, że nie ma na UW kierunku, który uczyłby o teatrze tańca.
Takie sobie wymyśliłam nowe wyzwanie, trzymajcie kciuki za decyzję rady.
Lubię Uniwersytet Otwarty za różnorodność kursów - uczyłam się w ramach UO angielskiego, hebrajskiego i japońskiego, a ceny są tam bardzo umiarkowane.

Ostatnio bardzo dużo pracuję, aż niemal mi w oczach migocze - zwłaszcza gdy robię indeks do anglojęzycznej książki o polskich żydowskich pisarzach tworzących w trzech językach, a ich nazwiska są w angielskiej transkrypcji.
Peretz [Perec, Perez] Isaac [Yitskhok, Yitzhak, Icchok] Leib [Leybush, Lejb] 
to nazwisko Pereca, tu akurat przykłady różnych zapisów.
A Puszkin to Pushkin.
Transkrypcja to normalna rzecz, sami ją nieświadomie stosujemy do każdego nazwiska zapisanego wcześniej na przykład cyrylicą. A po angielsku musi być tak, żeby litery anglikom się czytały mniej więcej tak jak nazwisko brzmi w oryginale. Oprócz transkrypcji czasem stosuje się też transliterację - tu akurat nie, i dobrze, bo to wyższa szkoła jazdy. Wiem, bo kiedyś pracowałam nad książką o tłumaczeniu prac naukowych - i takie mi się zdarzały.

Do tego spiętrzenie dłubaniny administracyjno-prawno-księgowej, taki dodatek do pracy wydawniczo-redakcyjnej, także spięcia z bezwładnością biurokracji różnych instytucji. Trzeba takie rzeczy przebrnąć - to słowo jest adekwatne, bo tak to czuję.
Jestem zmęczona.

A jutro jadę do Bytomia na radę pedagogiczną i wpisy dać tym, co się trochę spóźnili.
Bałaganu w domu nawet nie próbuję ogarnąć.
Się ogarniam.

piątek, 16 czerwca 2017

Kaczka zwana gęsią

A to kaczka jest, zapewne dzika, roboczo zwana gęsią.
Stara dość.
Wpadła mi w oko w sklepie z odzieżą używaną.
Podejrzewałam, że to ceramika, ale przy bliższym zbadaniu okazała się porcelanowa.
Kosztowała 1zł 20 gr.